– Wiesz co, on jest bardzo artystowski, pretensjonalny i jest jednym z tych dupków, którzy kręcą wszystkie filmy w czerni i bieli…

Czy byłeś kiedyś świadkiem podobnego dialogu, jak ten pochodzący z jednego z filmów Woody’ego Allena? Ja tak. Nie raz. Nie tylko świadkiem, ale i aktywnym uczestnikiem. I bywałem dość często, dopóki nie zrozumiałem jednej bardzo ważnej prawdy: To, w jaki sposób mówimy o innych, więcej mówi o nas samych, niż o innych.

I kiedy patrzę w swoją muzyczną przeszłość to widzę, że co najmniej parę razy zdarzyło mi się stworzyć sytuację, w której inny człowiek miał prawo poczuć się przeze mnie źle. Nawet bardzo źle.

Jednak lata mijają i im mniej spoglądam na świat przez czubek własnego nosa, tym rzadziej popełniam takie błędy. Ale kiedy obserwuję branżę, wrażenie pozostaje:  muzycy często nie potrafią się komunikować. Widać to przy barowym stoliku, w rozmowach z wytwórniami i promotorami, w relacjach z technicznymi na scenie oraz w skrzynkach mailowych, które są kronikami kłótni po próbach i zespołowych rozstań.

Bo jeżeli popatrzymy na to, w jaki sposób rozmawiają ze sobą (lub o sobie nawzajem) ludzie pracujący w zawodach artystycznych, to rzeczywistość zaczyna wyglądać jak jeden wielki allenowski scenariusz. Wynika to między innymi z tego, że światem artystów rządzą ego, ambicje, duża presja i spore emocje, które uwolnione, często zderzają się w przestrzeni między dwojgiem ludzi.

Patologie czasem rodzą się na górze

Zdarza się też, że przykład płynie z samej góry – profesor guru pomiatający studentami czy wszechwładny lider to przypadki, z którymi każdy zetknął się nie raz. Często są to wzorce przenoszone z pokolenia na pokolenie, które powstały w czasach, kiedy wiedza o człowieku była na zupełnie innym poziomie. Uważano wtedy, że na przykład aby wychować dziecko lub wykształcić ucznia, należy najpierw złamać jego osobowość.

I jest to zupełnie w porządku, jeśli jedynym produktem takiego systemu ma być muzyk-wirtuoz. A że do końca życia nie zbuduje on trwałego związku, będzie zaglądał do flaszki, albo (w najlepszym przypadku) stanie się stałym pacjentem na terapii, to już inna sprawa.

A przecież można inaczej. Ale żeby można było inaczej, trzeba nazwać po imieniu dwie plagi. Plagi, bez istnienia których ludziom, którym zależy na dobrych relacjach w branży pracowałoby się znacznie lepiej.

Plaga nr 1: Za plecami i „po pleckach”

Nie ma się co czarować, powodem wielu zespołowych rozstań i soczystych smsów o treści „Ty ch..u!” jest sytuacja, w której ktoś usłyszał, albo dowiedział się, że ktoś powiedział… (jak w „Na językach”). Znajduje ona wyraz w popularnej branżowej grze „za plecami i po pleckach”. Zasady gry są proste: w obecności delikwenta rozmawiamy z nim klepiąc po pleckach, a kiedy oddali się od stolika, zaczynamy zaplecyzm i rozmowę o jego domniemanych wadach. Dodatkowe punkty zdobywamy kiedy rozmowa, często w zniekształconej formie, przedostanie się do ofiary.

Grałeś kiedyś w tę grę? Ja owszem, nie raz. Dopóki nie odkryłem, że cechy, które denerwują nas w innych bardzo często odnoszą się do własnych, głęboko skrywanych słabości.

Plaga nr 2: Pomiatamy świeżakami, czapkujemy przed panami

– A tak, z Jurusiem rzygaliśmy nie raz. A Janek? Jankowi dawałem na taksę jak nie miał grosza. Przepraszam was najmocniej… Hej, młody! Spierdalaj od tej gitary!

Powyższy monolog pokazuje skuteczny, branżowy sposób na podniesienie towarzyskiego statusu poprzez sugerowanie familiarności z „gwiazdą”.  Objawia się to w zdrabnianiu imienia (Jureczek, Wojtuś, Michałek) oraz szerokim opowiadaniu o prywatnych, często intymnych sytuacjach. Jednak najważniejsze jest to dyplomatyczne „S” na końcu.

Muzyczna „fala” ma się ciągle dobrze i wielu kręgach utarło się, że bycie lepszym muzykiem daje bilet do okazywania wyższości tym mniej wprawnym oraz pomiatania obsługą sceny. Jednak, jak to w życiu bywa, jeśli są od nas „gorsi”, to na pewno znajdą się i lepsi. Uruchamia to mechanizm „ściągania czapki i zamiatania nią podłogi” przed każdym o wyższym statusie na drabince muzycznej. Oczywiście, szacunek się należy. Ale nie należy go mylić z czołobitnością, obliczoną tylko na uzyskanie profitów. Byłeś w takim miejscu? Mi się to raczej nie zdarza. Nie lubię zdrobnień.

Jaka jest alternatywa?

Sztuka dobrego komunikowania się jest ważna. Nie tylko dlatego, że generalnie, wśród muzyków na szczycie znajdziemy mało bufonów (oczywiście, zdarzają się wyjątki od tej reguły). I nie tylko dlatego, że dobra komunikacja ułatwia współpracę.

Jest ważna także dlatego, że:

Jeśli grasz dobrze, a telefon ciągle nie dzwoni, prawdopodobnie masz problem z jedną z wyżej opisanych rzeczy.

To jest aż tak trudne i aż tak proste. Niektórzy wiedzą to od początku, niektórzy potrzebują lat, aby do tego dojść. I nie ma w tym nic złego, bo – jak mawiają na „dalekim wschodzie” – aby być w czymś bardzo dobrym, trzeba zacząć od bycia bardzo kiepskim.

Gdybym dziś miał zaczynać od zera, to mój prywatny, muzyczny kodeks savoir-vivre wyglądałby od początku tak:

people-called-phrenologists-thought-they-could-work-out-peoples-characters-from-little-bumps-on-their-skulls

I wtedy wszystko byłoby prostsze.

2 Replies to “Branżowe plagi (czyli muzyczny savoir-vivre)

  1. Super post, bardzo mocno utożsamiam się z Twoim punktem widzenia. Aczkolwiek nie sądzę, aby była to plaga wyłącznie artystycznego środowiska. Niemniej faktycznie jest to powszechne i sam również nie raz grałem w takich historiach „czarny charakter”. Ale tak już jest – jesteśmy ludźmi, wyciągamy wnioski, uczymy się.

    Dzięki za wartościowy post i pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.