Zapytany w wieku 81 lat, dlaczego ciągle ćwiczy nawet 5 godzin dziennie, odpowiadał: „Ponieważ myślę, że wreszcie robię jakiś postęp”.

Jakim wzorem może być wirtuoz z czasów, kiedy wirtuozeria była utożsamiana z najgłębszym zrozumieniem muzyki, a nie youtubowymi „czopsami”? Kim był muzyczny „celebryta” w pierwszej połowie XX wieku? Przyjmowany przez królów jak równy, świetnie wykształcony człowiek bez szkoły, orędownik pokoju, Katalończyk z duszy, który w ramach protestu przeciw rządowi Franco przestał występować publicznie. Kiedy jego wiolonczela zamilkła, odnotowały to gazety na całym świecie. Jak żył Pau Casals – kataloński wiolonczelista i jeden z największych muzyków w historii?

 

Mówi się, że każdy wielki artysta opowiada tak naprawdę jedną historię. Jakiegokolwiek nie wybierałby tworzywa, gatunku, środków wyrazu – zawsze w jego dziełach będzie pobrzmiewać ta jedna melodia i jedno dzieło życia.

Znajdź swojego Bacha

Historia Casalsa zaczęła się na dobre w obskurnym antykwariacie w biednej dzielnicy Barcelony, kiedy był nastolatkiem. Trafił tam przypadkiem na pożółkły i zniszczony egzemplarz 6 suit Bacha na wiolonczelę solo. Był rok 1890 i wtedy nikt szerzej nie wiedział nawet o ich istnieniu! Pracował nad nimi każdego dnia przez kolejne 12 lat życia. Zanim w ogóle odważył się wykonać je publicznie dobił do 25-ki. Przed nim, żaden skrzypek ani wiolonczelista nie wykonał ich w całości. Jak mówił:

„Suity są esencją Bacha, a Bach jest esencją muzyki”.

Bach w formie swoistego rytuału towarzyszył mu do końca życia. Każdego poranka, tuż po spacerze i śniadaniu siadał i grał na pianinie jedną z suit fortepianowych. Mimo, że religia nie pełniła ważnej funkcji w jego życiu, ta muzyka była dla niego „codzienną formą pobłogosławienia domostwa”. Według relacji jego żony robił tak codziennie, niemal do dnia swojej śmierci w wieku 96 lat.

Wiedz, że jedyny skrót to długa droga

Mało kto zaprzecza roli predyspozycji w muzyce. Jednak patrząc na dziesiątki tysięcy godzin włożonych przez wirtuozów w doskonalenie rzemiosła wydaje się, że „geniusz” to słowo wymyślone przez leniwych jako usprawiedliwienie. Pomimo, że muzyka otaczała go od kołyski i już jako pięciolatek śpiewał drugi sopran w kościelnym chórze, Casals nigdy nie zaprzeczał roli etyki pracy.

„Pracuj, pracuj nieustannie i podtrzymuj ten stan!” – zalecał. Ale jednocześnie bądź zorganizowany i doceniaj znaczenie zarządzania czasem: „Dla mnie, organizacja jest esencjonalna dla kreatywnej pracy. Często powtarzam swoim uczniom motto – wolność i porządek!”. Podkreślał, że łatwość wykonawcza przychodzi tylko od maksymalnego wysiłku. Udowodnił to swoim życiem, ćwicząc po 4-5 godzin dziennie nawet w wieku 80 lat. Jednak praca nie była dla niego tylko wiecznym doskonaleniem. Szukał głębiej:

„Dar, za który powinniśmy dziękować najbardziej, to życie. Jedyna nasza zasługa, to jak wykorzystamy talent z którym się urodziliśmy. Praca człowieka powinna być jego hołdem dla życia.”

Zaprzyjaźnij się z pianinem

Casals był świetnym poparciem tezy, że wirtuozeria to nie techniczna biegłość, ale najgłębsze zrozumienie muzyki. Zanim jeszcze podczas występu wędrownych kuglarzy zobaczył miotłę ostrunowaną jak wiolonczela i zakochał się w nowym instrumencie, interesowały go organy, pianino i skrzypce. Zalecał:

„Każdy, kto zamierza poświęcić życie muzyce, powinien nauczyć się grać na pianinie, bez względu na to czy preferuje inny instrument.”

Cały czas dbał o wszechstronny rozwój – poświęcając czas studiom harmonii, kompozycji i dyrygenturze.

Dostrzegaj świat wokół

Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że artyści nie powinni angażować się w życie społeczne i politykę. Jeśli spojrzymy na to historycznie – nic bardziej mylnego. Już ponad sto lat temu we Francji zaangażowanie filozofów i artystów pozwoliło na rozwiązanie skandalu politycznego i uwolnienie niesłusznie oskarżonego Alfreda Dreyfussa.

Jednak, jak podkreślał Casals, takie działania wymagają świadomości. On sam, pomimo braku formalnego pozamuzycznego wykształcenia, miał szczęście trafić pod mecenat hrabiego Morphy, pod którego pieczą zgłębiał literaturę, filozofię, sztukę, matematykę, geografię i historię człowieka. Do końca życia polegał na samokształceniu i głównie dzięki swoim niezliczonym podróżom i trasom (do 250 koncertów rocznie!) władał 7 językami.

„Muzyk jest także człowiekiem i ważniejsza od muzyki jest jego postawa wobec życia.”

Szkoda tylko, że niewielu artystów ma wykształcenie Casalsa, dzięki czemu może tak świadomie oceniać kierunek w którym zmierza świat. I szkoda, że tak niewielu ma jego autorytet. Cóż – znak czasu. Trudno jednocześnie rozmieniać się na drobne w śniadaniówkach i mieć słyszalny głos – taki, który przemawia rzadko, ale dobitnie.

Szukaj muzyki wszędzie

Dobre pięćdziesiąt lat przed stworzeniem metody Suzuki, mały Casals uczył się muzyki poprzez zabawę. Jak wspominał, każdego dnia bawił się w odgadywanie dźwięków i akordów z bratem Arturem. Dzięki temu, „potrafił śpiewać czysto zanim jeszcze mógł wymówić słowa”. Ta dziecięca fascynacja muzyką towarzyszyła mu w dorosłym życiu. Muzykę słyszał wszędzie:

„I oczywiście, wokół były zawsze piękne dźwięki natury. Dźwięk morza, odgłos wiatru poruszającego się w koronach drzew, delikatna pieśń ptaków, nieskończenie różnorodna melodia ludzkiego głosu – nie tylko w pieśniach, ale i w mowie. Co za bogactwo muzyki! Podtrzymywało i ożywiało mnie.”

Szanuj tradycję, ale łam niewygodne zasady

Słyszane tu i ówdzie (nawet dzisiaj) słowa „tak się nie gra” w ogóle nie interesowały Casalsa. Już kiedy uczył pierwszych swoich uczniów łamał ówczesne zasady, kompletnie zmieniając obowiązujący aparat gry. Uwolnił lewą rękę, rozszerzył pozycję z trzech do czterech półtonów. Podkreślał rolę najbardziej naturalnego sposobu gry i mikrorelaksacji. A kiedy w słynnym, belgijskim konserwatorium został poniżony przez wybitnego profesora na forum klasy, porzucił szkołę mimo zaoferowanego stypendium:

„Był Pan wobec mnie chamski. Poniżył mnie Pan przed studentami. Nie chcę tu pozostawać ani sekundy dłużej!”

Postąpił tak pomimo faktu, że wiązało się to z utratą wsparcia mecenasa i życiem w kompletnej nędzy w Paryżu przez kilka następnych lat.

Miej życie poza muzyką

Skostniałe szkolne biografie i encyklopedyczne wpisy mają tendencję do odczłowieczania wielkich muzyków i kompozytorów. Ciekawe jest, że jeden z największych wirtuozów w historii do końca życia cierpiał na tremę:

„Mój pierwszy występ odbył się 80 lat temu, ale nigdy nie zwalczyłem tego okropnego uczucia zdenerwowania przed występem. Zanim wejdę na scenę, czuję ból w klatce piersiowej. Jestem umęczony. Myśl o publicznym występie jest dla mnie nadal koszmarem.”

Dlatego, pomimo że pracował wiele godzin dziennie, ciągle starał się czerpać z życia. Właściwa kolejność dla Casalsa kształtowała się następująco: „6 setów tenisa, a potem dwa sety Brahmsa”. Uwielbiał wspinaczkę górską, jazdę konną, tenis i pływanie. Ostatni mecz zagrał mając 71 lat. W późniejszym okresie za jego sprawność odpowiadały codzienne, wieczorne partie domina.

Długo jeszcze przed odkryciami współczesnych neurologów i psychologów Casals poznał tajemnicę długowieczności. Jako dziewięćdziesięciotrzylatek radził:

„Oczywiście, cały czas gram i ćwiczę. Robiłbym tak, nawet gdybym miał żyć kolejne 100 lat. (…) Wiek to bardzo relatywna sprawa. Jeśli będziesz kontynuować pracę i zachwyt nad pięknem świata dowiesz się, że wiek to nie tylko starzenie się. Nie wierzę w emeryturę w moim rodzaju pracy, ponieważ moja praca jest moim życiem. Każdy dzień jest dla mnie nowym początkiem.”

Tajemnica długowieczności była dla niego prosta: znalezienie celu większego niż on sam.

 

Cytaty na podstawie: P. Casals, Joys and Sorrows. His own story as told to Albert E. Kahn. Tłum. własne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.