Moje dwie największe muzyczne inspiracje: basista-wirtuoz Jaco Pastorius i wybitny wiolonczelista Pau Casals mają wiele wspólnego. Łączy ich fascynacja Bachem, którego Pastorius uważał za „czystą muzykę”, a Casals za cud równy naturze. Łączy ich, że obaj „wygrali w muzykę” – przedefiniowali role swoich instrumentów i stworzyli ponadczasowy, artystyczny dorobek. Dzieli natomiast to, że Pau jest jednym z tych rzadkich przykładów wielkich artystów w historii, który wygrał nie tylko w muzykę, ale i… w życie.

***

Sprawia to, że w podróży do El Vendrell zapominam o przereklamowanym „Klubie 27”. Pau Casals był jednym z tych, którzy kochając muzykę i doskonaląc się przez cały dany im czas, dołączyli do elitarnego „Klubu 96”. Mocnym świadectwem tej wygranej jest jedno z najciekawszych muzeów na świecie, poświęconych pojedynczemu muzykowi – Villa Museu w El Vendrell w Katalonii. Miałem wreszcie okazję odwiedzić to pulsujące od inspiracji miejsce. Ale jakże inna to inspiracja – pełna dyscypliny i skupienia.

IMG_20190301_133926_709

***

Według cennika z Dziennika Poznańskiego z 1906 roku, za liczoną w markach gażę koncertu, który zagrał Pau Casals kilka lat później we Frankfurcie, można by ówcześnie kupić 120 roboczych koszul, albo 600 kostek masła.

Listopad 1912 roku, według wystawionego w Villa Casals planera-dziennika, był bardzo pracowity. Oprócz Frankfurtu artysta koncertowo odwiedza jeszcze Jenę, Budapeszt, dwukrotnie Wiedeń i sześć różnych brytyjskich miast. W całym miesiącu zajętych dni jest łącznie 21. I to wszystko w dobie komunikacji pociągiem i statkiem, a nie samolotem, którym do Barcelony dolatuję z Krakowa w dwie godziny. Z niej 40-minutowa podróż pociągiem, 20 minutowy spacer i widzę cel podróży: prowadzoną przez Fundację Casals obszerną willę-muzeum.

IMG_20190228_1059097

***

Osobisty planer artysty zapisany jest pięknym, czytelnym pismem, niebieskim i czarnym atramentem. Przy każdym z koncertów miejsce, ustalenia oraz podane honorarium – można przeczytać kwoty we frankach, koronach albo guldenach. Każda z kwot w wolnym przeliczeniu odpowiadająca dzisiejszym trzem lub czterem tysiącom złotych. Jednak trzeba pamiętać, że te cztery tysiące złotych woźnica w zaborze pruskim zarabiał wtedy przez dwanaście miesięcy. Wybitny muzyk-wirtuoz – w jeden wieczór. Zwłaszcza ten, który był najlepiej opłacanym muzykiem swojej epoki.

(Bo początek ery muzyków-przedsiębiorców to wcale nie napuszone,   amerykańskie blogi o zarabianiu na muzyce. Po rozczarowaniach z menedżerem, który  doradzał mu ówczesne marketingowe kwiatki w stylu „zapuść długie włosy, to koncerty będą Ci się lepiej sprzedawać”, a finalnie regularnie okradał, Casals wziął karierę we własne ręce, co bardzo dobrze widać po zawartości jego sekretarzyka).

***

Rok 1912 (kto wie czy nie i dzięki wspomnianym gażom) to także początki tego wyjątkowego miejsca – obszernej willi wybudowanej wtedy wraz z promenadą San Salvador, kilkadziesiąt metrów od morza. Melodia, z  jaką fale uderzają o brzeg przypomina mi to, co o falach na Florydzie w wywiadach mówił Jaco Pastorius. Były dla niego inspiracją i znalazły miejsce w muzyce. Także dla Casalsa, muzyka była wszędzie. Jak można przeczytać w jego autobiografii, „Joys and Sorrows”:

„I oczywiście, wokół były zawsze piękne dźwięki natury. Dźwięk morza, odgłos wiatru poruszającego się w koronach drzew, delikatna pieśń ptaków, nieskończenie różnorodna melodia ludzkiego głosu – nie tylko w pieśniach, ale i w mowie. Co za bogactwo muzyki! Podtrzymywało i ożywiało mnie.”

IMG_20190228_1121450

W willi, najpierw jako domu letnim, a potem już sporym kompleksie posiadającym piękną, zdobioną XVIII- wiecznymi obrazami, kameralną salę koncertową, ogród i krużganki Casals spędził następne 27 lat – do momentu, kiedy musiał emigrować z frankistowskiej Hiszpanii (do której już w ramach protestu nie wrócił).

I przez to właśnie opowieść, którą snuje ta willa-muzeum łączy inspirację z pasją. Dedykację i skupienie, które pozwoliły mu zostać wirtuozem wiolonczeli, świetnym kompozytorem i dyrygentem z wytrwałością późniejszej walki o światowy pokój oraz niepodległość ukochanej Katalonii.

***

Trudno mi powiedzieć, co imponuje mi bardziej: rękopisy pierwszych kompozycji, które Casals pisał z ojcem – organistą z El Vendrell, uczniowska wiolonczela, na której sam, w wieku 12 lat zaczął modyfikować technikę gry, dodał czwarty palec i ustanowił nową poprzeczkę  intonacji dla pokoleń wiolonczelistów czy artykuły, mowy i wstąpienia, którymi przez lata walczył o pokój oraz korespondencja z chyba każdym liczącym się politykiem i działaczem tamtych czasów. Czasów, w których fakt, że artysta odmówił prezydentowi dużego kraju występu, miał znaczenie polityczne.

Wiem natomiast, że w kolejnych pomieszczeniach w których Casals spał, pracował i ćwiczył (do 7 godzin dziennie!), czuje się tą przemożną obecność i skupienie, właściwe nie tylko czasom, w których koncerty organizowało się listownie, ale i człowiekowi, który oprócz stania się wirtuozem, świadomie wybrał bycie humanistą.

IMG_20190228_1213131

I to jest największą inspiracją tej nadmorskiej willi: długie, niepozbawione wielkich trudów, ale owocne życie artysty, wypełnione pracą, skupieniem, sportami i czystą radością istnienia. Jednak przede wszystkim wierne ustanowionym przez siebie wartościom, bez względu na okoliczności.

Pau po katalońsku znaczy pokój. Dlatego warto tam pojechać choćby dlatego, żeby w cichych pomieszczeniach willi na wybrzeżu San Salvador poczuć pokój spełnionego, muzycznego życia.

Ciszej tam teraz, ale bardzo wymownie.

2 Replies to “Inspiracja i skupienie: muzyczna pielgrzymka do Villa Casals

  1. Czyta się to z zapartym tchem. Jestem ostatnio fanem podróży w przeszłość i ten wpis jeszcze bardziej motywuje mnie do odwiedzenia kilku miejsc za oceanem co by zobaczyć jak to żyli moi idole.

Pozostaw odpowiedź Władek Foltyński Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.