Streaming rządzi…

Jeżeli ilość streamów może być jakąkolwiek miarą kariery, to wirusowe „zamknięcie” przyniosło przynajmniej jedną dobrą wiadomość dla „nowej branży muzycznej”. Już w 2019 roku, jak podaje najnowszy raport IFPI, streamingowe udziały małych wytwórni i artystów niezależnych rosły szybciej niż majorsów.

W samym tylko 2019, zwiększyły się o 39%, kiedy 22% wzrostu odnotowały „majorsy” (które ciągle oczywiście, w liczbach bezwzględnych, zarabiają na streamingu najwięcej). Prognozuje się, że już w 2021  aż połowa tortu pieczonego przez serwisy streamingowe może należeć do „nowego”.  To jeszcze bardziej potwierdza chodzące tu i ówdzie słuchy, że także lockdown (jeśli chodzi o nowe subskrypcje) okazał się łaskawszy dla artystów DIY.

…ALE CIĄGLE LEKKO „NA WALETA”

Jaka jest realna wartość „ekspozycji” w mediach i serwisach streamingowych, jeśli to jedyne, co Ci zostało? Kiedy mówimy o streamingu, obecny czas pokazał, że dla artystów niezależnych, finansowo nie działa on prawie w ogóle – jeśli nie mają drugiej nogi postawionej na wydarzeniach koncertowych. Po raz kolejny podnosi to nieśmiertelną kwestię obecności w internecie: ile kosztuje „like”, ile jest warte odtworzenie i czy najesz się liczbą, pokazującą ilość fanów na swoim fanpejdżu?

zachowania zmieniają się dynamicznie

Mówiąc o zmianach, bardzo ciekawe, być może tylko krótkofalowe trendy w konsumpcji muzyki i nastrojach konsumenckich unaoczniły najnowsze, dwuetapowe badania Billboardu i agencji badawczej Nielsen. Jak można się spodziewać, wzrósł rynek treści wideo (kosztem streamingu i usług audio), część osób zaczęła poszukiwać nowej muzyki, część natomiast zrezygnowała z subskrypcji w serwisach streamingowych.

Większość badanych odpowiedziała, że nie jest skłonna płacić za koncerty w sieci. Jednak szczególnie ciekawy wydaje się wpływ sytuacji epidemiologicznej na spadek zaufania do socjalizacji i myślenie o udziale w wydarzeniach koncertowych live, jeśli powrócą. Tylko 29% respondentów (głównie w wieku 35-54) odpowiedziało, że po pandemii byłoby skłonnych pójść na koncert (kiedy 56% nastolatków wyraża taką chęć).

Stawia to w ciekawym świetle tezy tych, którzy mówią o natychmiastowym odbiciu koncertowym po koronawirusie, choć oczywiście trzeba mieć na uwadze to, że w USA pandemia przebiega poważniej niż w Polsce oraz że nastroje konsumenckie związane z tym, co dzieje się wokół, bywają bardzo zmienne.

Podsiadło pomaga, a ty zbierasz dla siebie?

Wszelkie zbiórki (w tym znakomite i wiralowe „16 wersów”) związane z pandemią postawiły przed artystami, zwłaszcza niezależnymi, spory dylemat. Gdzieś, na marginesie rozmaitych akcji, zawiązuje się branżowa dychotomia, w której „tantiemowcy”, którzy dzięki działalności autorskiej i wydawniczej mogą nadal pozwolić sobie na mniej lub bardziej komfortowe życie, organizują (chwalebne i bardzo potrzebne) zbiórki na służbę zdrowia i kwestie związane z pandemią.

W tym samym czasie, pragnący skorzystać ze wsparcia fanów (i inicjatyw takich, jak Artist Fundraising Pick), żyjący głównie z koncertów artyści DIY stają przed trudną decyzją, czy zamiast także oddawać swój „wdowi grosz”, pokazać rzekomy „egoizm”, prosząc fanów o wsparcie dla siebie.

To bardzo ciekawy dylemat, którego nie rozstrzygną do końca (jakże potrzebne!) podnoszone w medialnych nagłówkach opłaty reprograficzne. Ci, którzy żyją z koncertów i niszowej działalności wydawniczej (i stanowią „sól ziemi” branży muzycznej) w dużej części już nie mają na czynsz, podpisują papiery na bezrobociu albo właśnie wsiadają na rower, żeby zawieźć „uberowe” jedzenie.

Czy dbanie o interes „jednego procenta” największych jest rzeczywiście realnym wsparciem dla branży kulturalnej? Czy branża muzyczna to tylko „najlepsi” czy także ci, którzy spełniają potrzeby rynku i odbiorców poza wielkimi, koncertowymi halami? Czy zrzeszanie się w najgłośniej słyszalnych i największych organizacjach autorskich jest dla twórców jedyną szansą na prawdziwą pomoc?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.