„Jeśli dasz człowiekowi rybę, nakarmisz go na jeden dzień. Jeśli nauczysz go, jak łowić ryby, nakarmisz go na całe życie.”

(przypisywane Konfucjuszowi)

Jeżeli wszyscy coś robią, nie znaczy to zawsze, że służy to wspólnemu dobru. Jeśli robisz coś, co robią wszyscy, bo obawiasz się, że ominie Cię to, co zyskują oni, nie znaczy to koniecznie, że działasz dla swojego dobra.

Bo inflacja muzyki w kryzysie postępuje, a Ty być może jesteś jednym z tych, którzy sami dodrukowują dewaluujący się, muzyczny pieniądz.

 

Jeśli na przykład ostatnio – podobnie jak setki nieaktywnych wcześniej w internecie twórców – udostępniasz muzyczne treści w sieci i nie masz pomysłu na to, czemu służą i jak będziesz je monetyzować, jesteś jedną z tych osób – która być może nieświadomie – powoli, niepostrzeżenie i metodycznie podcina gałąź na której siedzi. Owszem, być może właśnie zostało Ci przyznane stypendium, dotacja lub wsparcie. Wrzucisz w sieć kolejny koncert za darmo, przygotujesz wideo, lekcje, a pieniądze się skończą. W tym czasie Twój odbiorca po raz kolejny przyzwyczai się, że dostęp do Twojej pracy jest za darmo. I następny koncert – który zrealizujesz za kolejne otrzymane pieniądze – będzie wart jeszcze mniej. I jeszcze. Aż w końcu nie będzie wart nic.

 

Owszem, freemium zawsze było fundamentem tego, na czym budował się internet. Najpierw dawałeś za darmo, potem budowałeś społeczność, którą w końcu mogłeś poprosić o wsparcie.

Jednak do tej pory zasady były proste. Udostępniałeś bezpłatnie (lub ledwo-płatnie) muzyczne treści w sieci i mogłeś liczyć na to, że dotrzesz do nowych odbiorców, zbudujesz publiczność i odbijesz sobie koncertami. Jeśli byłeś pisarzem czy blogerem, odbijałeś sobie konsultacjami, wykładami, e-bookiem czy książką. Świat cyfrowy budował sukces w świecie fizycznym.

Problem w tym, że internet zatłoczył się ponad miarę, świat cyfrowy powoli zjada fizyczny, co widać nie tylko w statystykach czasu spędzanego w internecie, ale i samej frekwencji koncertowej, nawet po epidemicznym otwarciu. Niektóre dane mówią, że nawet 90% mniejszych klubów koncertowych nie przetrwa ery koronawirusa.

A niezależni twórcy – wrzuceni w tryby groszowych tantiem z platform streamingowych, interesów (i narracji marketingowej) gigantów zarabiających na darmowym publikowaniu ich muzycznego „kontentu” i kuszeni sukcesem nielicznych, którym udało się – zwykle wieloletnią pracą – zbudować własne, zarabiające platformy – żyją w strachu bycia niezauważonym i jako jedyny lek traktują ciągłą obecność w sieci.

 

Wraz z zalewem bezpłatnych treści wartość muzycznego pieniądza spada, a wielki dodruk robią nie tylko duże platformy społecznościowe i streamingowe, nie tylko kolejne programy wspierające twórców poprzez zachęcanie ich do publikowania bezpłatnych treści kulturalnych, ale przede wszystkim sami muzycy.

Obok informacyjnego FOMO (strachu przed byciem niepoinformowanym) artystów zaczyna pochłaniać FONBS (strach przed nie odniesieniem sukcesu). I nawet, jeśli są niezależnymi twórcami z niszową publicznością – wzorem najbardziej popularnych wrzucają swoją muzykę na wielkie platformy, zarabiając pojedyncze złotówki i dewaluując wartość własnej pracy. Tak bardzo boją się, że jeśli nie przyjmą warunków dyktowanych przez największe serwisy, to być może ominie ich mityczny sukces. Kupują narrację: jeśli nie będzie mnie tam – to przecież nie istnieję.

(Znam jednocześnie przykłady, w których twórca zarabiający 10 zł miesięcznie ze streamingu decydował się na powrót do zamkniętej dystrybucji i decydował się w sposób bramkowany udostępnić swoje płyty. Pierwszego dnia sprzedawał ich za większą kwotę, niż zarabiał przez rok ze streamingu).

 

Jednak jaki lek przypisać na inflację muzyki?

Dla twórców – długofalowe myślenie strategiczne, traktujące bezpłatne treści wyłącznie jako element budowania platformy sprzedażowej, która pozwoli w przyszłości czerpać zyski z własnej twórczości.

Budowanie własnych platform dystrybucji treści kulturalnych, w oparciu o własne media, takie jak strona www i gromadzenie społeczności wokół nich.

Dla miast, instytucji i ministerstw – traktowanie wsparcia kultury także jako dawania wędki, a nie rozdawania ryb. Czyli premiowanie takich pomysłów i inicjatyw, które są elementem długofalowego pomysłu na obecność kultury w sieci w sposób, który zapewni płynność ekonomiczną samym twórcom.

Promowanie modelu hybrydowego, który oprócz chęci dawania i przyjmowania wsparcia, premiuje przedsiębiorczość artystów i takie, przedsiębiorcze postawy kształtuje.

Bo jeśli nie, to w dobie kultury kompletnie za darmo i tak wszystkim (poza największymi) zostanie życie z dotacji, stypendiów i mecenatu. A pieniędzy dla wszystkich aspirujących „grantowych artystów” – w oczywisty sposób – nie wystarczy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.