„Don’t play that shit in my band!”

Joe Zawinul do basisty Victora Bailey’a, który zagrał be-bopową frazę, lata 80.

Ameryka po zakończeniu drugiej wojny światowej potrzebowała ostrożnego optymizmu i sztuki, która odda dramat z którego podnosił się świat. Tańczyć do cukierkowego swingu do końca nie wypadało, ale energetyczny koncert ze szklanką burbona w ręku wydawał się świetnym rozwiązaniem.

Pozorny chaos, niepokój i potężna energia bebopu trafiły w dziesiątkę. Po początkowej nieufności, Dizzy Gillespie i Charlie Parker trafili na okładki pism o sile oddziaływania równej dzisiejszemu Pudelkowi. Jak liderzy każdej rewolucji, która oddaje ducha czasów, znaleźli fanów i naśladowców. Nie tylko wśród muzyków.

Znacie to zdjęcie z magazynu Life? Przedstawia nastoletnie fanki, ubrane jak Dizzy, czekające na autograf. Tak, fanki be-bopu. Podobno niektóre z nich malowały sobie nawet charakterystyczną bródkę.

12bdceeacf3a24b0abe84959e2208817

Bo sztuka, która odnosi sukces, jest owocem wnikliwej obserwacji rzeczywistości: musi być aktualna (lub nieznacznie ją wyprzedzać – startupowcy obliczyli, że o podręcznikowe 4 lata). Powinna być odbiciem społeczeństwa, obserwować trendy, oddawać ducha czasów. Po be-bopie, żyjący w cieniu atomowej zagłady świat potrzebował Elvisa. Dziś mamy czasy cegły na ścianach, barberów, kawy z aeropressu i dobrowolnej smyczy w postaci kabla ładowarki. Jak w te potrzeby wpisuje się część jazzmanów? Serwuje wariacje na temat muzyki, która była aktualna 50 lat temu.

Jazzman jak Don Kichot

Don kichotowski dramat współczesnego jazzmana, który chce ściągnąć ludzi na koncert, na którym po raz kolejny będzie odtwarzał klimaty „Kind of Blue” przypomina mi sprzedawcę, który zachęcałby ludzi do zamienienia smartfonów na stylowe telefony z korbką. Miles Davis w swoich wielkich, artystycznych poszukiwaniach doszedł do muzyki elektronicznej i hip-hopu. A przecież do dziś „grupy rekonstrukcyjne” odtwarzają same początki jego artystycznej drogi. Mam znajomego, którego pasją jest przebieranie się w zbroje i uczestniczenie w pokazach historycznych. Świetnie posługuje się słowiańską bronią, ale nie myśli o wstąpieniu z nią do wojska i pojechaniu na misję do Iraku. Nie mówiąc już o zarabianiu na tej pasji.

No więc czym jest dzisiaj jazz? Jazz dzisiaj jest jak łacina.

W pewnych kręgach wypada ją znać, ale nikt jej nie używa na co dzień. W innych jazz stał się gadżetem, podkreśleniem statusu, dodatkiem do dobrego ubrania i markowej whisky. W jeszcze innych, jest gatunkiem sztuki, którego odbiorcami są jego twórcy oraz krąg ich przyjaciół i znajomych.

A do tego, jazz zamknął się na akademiach. Z punktu widzenia biznesu i praw rynku to ciekawy ruch – kształcenie całych rzeszy profesjonalistów, uprawiających styl sztuki, który ma minimalną popularność. Poza tym to ciekawy proces – muzyka, która największe triumfy święciła w czasach, kiedy uczono się jej poprzez „ustny przekaz” i imitację, zostaje spisana i zamknięta w podręcznikach. Jednak tak pojmowanemu jazzowi grozi ogromne niebezpieczeństwo. Charakterystyczne dla sztuki umierającej lub wymarłej: dotacje jako jedyny sposób finansowania, bazowanie wyłącznie na randze wydarzeń i festiwali oraz praktycznie zerowe pokrycie w mainstreamowych mediach.

Akademia jest bardzo dobra tak długo, jak jest pełna praktyków, a teoria na niej wykładana jest dobrze opisaną praktyką. Ale z salki ćwiczeniowej i z ciężkiej, drewnianej katedry czasami ciężko dostrzec, jak zmieniają się rynek, czasy i ludzie. A to czasy, ludzie i doświadczenie karmią sztukę.

Bo jazz w swojej historii bywał inspirujący, świeży, energetyczny, emocjonalny, mistyczny, bywał wyrazem buntu i łamał status quo. I to wartości, a nie konkretne dźwięki stanowią jego istotę.

Dlatego im w jazzie więcej będzie Snarky Puppy, Thundercatów, Collierów, Mazolewskich, Możdżerów, Kaczmarczyków i obwieszonych kijami do selfie Michałów Urbaniaków – artystów, którzy potrafią przetłumaczyć tradycję na współczesny język – tym lepiej dla jazzu. Bo prawdziwy jazz to nie tylko „rytmiczna muzyka improwizowana”.

Jazz to rytmiczna muzyka improwizowana, która oddaje ducha współczesności

Reszta to historia. Albo dobrze rozumiana tradycja. A na tradycję jest bardzo wąskie zapotrzebowanie.

Jazz może być na pierwszych stronach Pudelka, ale nie trafi tam zamieniając się w interpretowaną muzykę klasyczną. Dajmy jazzowi więcej loftowych żarówek, betonowych lamp i obudowę smartfona – a wszystko będzie wyglądać lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.