Mówi się, że współcześnie ludzie dzielą się na dwa typy. Tych, którzy przy sobotnim winie rozmawiają o tym co stworzyli (lub stworzą) i tych, którzy mówią głównie o tym, co kupią (lub kupili). Drugi typ rozmów w dzisiejszych czasach zdecydowanie dominuje. Zważywszy na to, jak skuteczny jest marketing – zupełnie mnie to nie dziwi. Rolą marketingu jest kreowanie zapotrzebowania na rzeczy, których aż tak wielu do szczęścia (zwłaszcza tego prawdziwego, jak powiedzieliby starożytni Grecy: eudajmonistycznego) nie potrzeba. Reklama ciągle działa, a już podwójnie na tych, którzy deklarują, że nie ma na nich wpływu. Sprzyja to mierzeniu wartości człowieka liczbą jednostek zakupowych i zewnętrznych atrybutów statusu, którymi dysponuje. Tworzenie zeszło trochę na dalszy plan.

A przecież to umiejętność tworzenia jest esencją człowieczeństwa. A umiejętność spojrzenia na swój zawód przez pryzmat tego, co i w jaki sposób wychodzi spod naszych rąk jest podstawą długotrwałej satysfakcji.

Pamiętasz słynny obraz Vermeera, Mleczarka? XVII wiek. Przedstawia dziewczynę, może służącą, nalewającą z dzbanka mleko. Ujmuje jej potężne skupienie i rodzaj satysfakcji z tak prostej przecież czynności. Od razu wyobrażam sobie jakiegoś archetypicznego, mistrzowskiego piekarza, który w taki sam sposób wyjmuje z pieca chleb. Niezblazowanego jeszcze „chałturą” architekta, który kreśli na desce dom. Przykłady można by mnożyć i rozszerzyć na większość istniejących zawodów. Bo umiejętność tworzenia nie zamyka się tylko w sztuce.

Jednak, to artyści mają tu przewagę. To oni w naturalny sposób przenoszą dziecięcą ciekawość i kreatywność w dorosłość. To oni mogą spędzić całe życie tworząc i jeszcze dostając za to pieniądze. Obserwuję znajomych muzyków, często zaplątanych w gąszczu chałtur, „jobów” i rozmów o alterowaniu mostka w „Takim Tangu”, i stwierdzam, że nadzwyczaj często zapominają o jednej, niezwykle ważnej prawdzie:

Możliwość życia wyłącznie dzięki czystej umiejętności tworzenia to w dzisiejszych czasach cholerny przywilej.

 

Starożytne, hinduskie przysłowie mówi, że w nieruchomych dłoniach niesiemy już tylko to, co daliśmy innym. Jeżeli przeżyłeś własną chorobę albo odejście bliskiej osoby jeszcze lepiej zrozumiesz, co mam na myśli. Bo wierzę, że na koniec, w szpitalnym łóżku wszystko sprowadza się do trzech kwestii: co stworzyłeś, co dałeś innym i kto jest przy Tobie.

Wszystkie trzy zależą od tego, w jaki sposób tworzysz.

A nie jak konsumujesz. Muzykę, relacje, związki.

Czy Twoje życie jest etosem, jak na obrazie Vermeera, czy zwykłym „jobem”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.